Pułapka uczuć

Napisany przez na lip 3, 2017 w recenzje

Pułapka uczuć

„Pułapka uczuć” to pierwsza część trylogii Colleen Hoover, autorki kilku bestsellerowych powieści z listy „New York Timesa”. Miałam okazję zrecenzować jedną z jej powieści pt. „Hopeless” niecałe dwa lata temu i wciąż uwielbiam wracać do niej w wolnych chwilach.

Nie ukrywam, że ostatnio szukałam książek na wakacje, które pozwoliłyby mi oderwać się od rzeczywistości i odpocząć. Teraz, po niecałych dwóch dniach czytania stwierdzam, że udało mi się zrealizować tylko pierwszą z opcji, ale i tak jestem bardzo zadowolona. Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam na okładce nazwisko autorki, jednak po przeczytaniu wielu bardzo dobrych młodzieżowych powieści nie sądziłam, że coś zdoła mnie jeszcze zaskoczyć. A jednak jak zwykle się myliłam.

Niektórzy twierdzą, że wszystkie książki młodzieżowe są niemal identyczne. Zawsze jest miłość i dwoje pokrzywdzonych przez los młodych ludzi. Po części mają rację. Istnieje pewien schemat, który w „New Adult” często się przewija. Myślę jednak, że uważny czytelnik potrafi z takiej książki wysnuć wiele prawd. Powieści te, choć mogą wydawać się banalne i dziecinne, dla dorastających ludzi są próbą generalną przed przedstawieniem, którego przebiegu nie można przewidzieć. Opowiadają w końcu o życiu, jego mniej i bardziej kolorowych odcieniach. O tym, co chcemy usłyszeć, a o co boimy się zapytać. Jako nastolatka, a może po prostu dziewczyna ciekawa świata, nie ukrywam mojej sympatii do książek młodzieżowych. Uwielbiam je za ich wyrazistość, różnorodność uczuć, emocje, których dostarcza mi czytanie. Za to jak łatwo zatracić mi się w ich świecie, utożsamić z bohaterami, śmiać się z nimi i płakać, a później jak trudno jest godzinami dochodzić do siebie po wstrząsach, które mi fundują. „Pułapkę uczuć” pochłonęłam na jednym tchu, a najlepsze książki są przecież wtedy, kiedy nie patrzy się na liczbę stron, która jeszcze została.

Książka została napisana z perspektywy osiemnastoletniej Layken. Po nagłej utracie taty, dziewczyna jest zmuszona wraz z mamą i młodszym bratem opuścić rodzinne miasto. Jedyny dom i ostoję, gdzie mieli przyjaciół, siebie nawzajem i wiedli dotychczas szczęśliwe, uporządkowane życie. Teraz jedyne ślady szczęścia, którego zaznali zamykają w kartonach. Przeprowadzka do oddalonego od Teksasu Michigan oznacza kolejną porcję obaw, niepewności, zmartwień i dotkliwej samotności. Niezadowolona z przeprowadzki Lake zdaje sobie sprawę, że jej nowe życie będzie zupełnie inne, a na pewno trudniejsze od tego, które wiodła do tej pory. Jednak pakując życiowe bagaże i pamiątki, rodzina Cohenów nie wie jeszcze, jak wielki wpływ na jej życie będą mieć sąsiedzi z naprzeciwka. Nieświadomi nadchodzących zmian, wyruszają do nowego miejsca zamieszkania, które trudno nazwać domem.

Tuż po przyjeździe rozpoczyna się prawdziwa i zaskakująca wichura emocji. Losy Cohenów i Cooperów łączą się ze sobą tworząc wybuchową mieszaninę miłości i gniewu, radości i smutku, codziennych problemów i słodkich przyjemności życia pokazując, że nasze istnienie to niekiedy niezrozumiała plątanina uśmiechów i łez. Kiedy Lake poznaje przystojnego Willa i zaczyna wierzyć, że dzięki temu łatwiej zaakceptuje nową sytuację, nic nie wskazuje na to, jak los obróci się przeciwko ich szczęściu…

„Pułapka uczuć” to książka, której przeczytanie pozwala całkowicie oderwać się od świata. Można przy niej nie spać, nie jeść, nie odrywać wzroku od słów i dać się jej pochłonąć. Jest nieprzewidywalna, ale niesamowita. Wstrząsająca, ale wciągająca. O ile ta jedna kwestia nie pozostawia wątpliwości, o tyle nie mogę stwierdzić, że czytając zaznałam psychicznego odpoczynku. Autorka poruszała wiele trudnych tematów, budząc w ten sposób we mnie silne emocje. Już na początku ogarnął mnie wzruszający, sentymentalny nastrój towarzyszący przeprowadzce z rodzinnego, pełnego wspomnień domu. Po kilkunastu przeczytanych stronach byłam pewna, że czeka mnie „lekkie” romansidło. Pokochałam tę część książki na tyle, żeby uczucie po kolejnych ciosach zadanych przez pisarkę stało się bolesne i powaliło na kolana.

Książka do ostatnich stron trzymała mnie w napięciu i stawała się coraz bardziej emocjonująca. Niekiedy z wykorzystaniem gry słów doprowadzała mnie do wściekłości, a chwilę później śmiechu. Byłam zdumiona, jak łatwo utożsamiłam się z główną bohaterką. Lake obserwuje świat oraz ludzi, stara się pojąć ich cele, ale bardzo trudno jej pogodzić się ze wszystkim, co niesie los. Nie jest specjalnie dojrzała, ani też dziecinna. Jej waleczna, zmienna, a niekiedy wybuchowa natura, ironiczne poczucie humoru i emocjonalne podejście do świata wydawały mi się zrozumiałe i bardzo bliskie.

Muszę przyznać, że autorka ma wyjątkowy dar rozdzierania ludzi na pół przez drzemiące w ich wnętrzach emocje i konflikty. Nie tylko te, które rodzą się czytelniku jej powieści, ale też władające bohaterami. Niezwykle interesujący był dla mnie rozwój sytuacji głównych bohaterów, którzy stawiani w różnych rolach, usiłowali im podołać, niejednokrotnie poświęcając temu samych siebie lub zapominając o własnych potrzebach. Spodobało mi się to, jak pisarka prawdziwie nakreśliła obraz człowieka krążącego pomiędzy uczuciami ukochanych osób, swoimi marzeniami, w konfrontacji z tym, czego wymagała rzeczywistość. Rozdarcie wewnętrzne powodowało ciągłe zwroty akcji, chwile szczęścia i nienawiści, rodziło poczucie niesprawiedliwości, zmuszało do ciągłych prób uwolnienia się z pułapki uczuć.

Colleen Hoover pokazała słabość ludzi wobec nieprzezwyciężonego życia, które niejednokrotnie podkłada nam nogę (lub krasnala =) i szyderczo się naśmiewa. Składa się z nieustannych wyborów, walki, zmusza do zastanawiania się nad słusznością naszych decyzji i działań, ciągłego kwestionowania, ustalania własnych priorytetów. Wymaga to wiele odwagi i umiejętności poznania samego siebie, stawiania czoła problemowi i znalezienia równowagi między sercem a rozumem.

Jest to opowieść o ucieczce od problemów, próbie zapomnienia, zostawienia za sobą przeszłości i chęci życia tym, co dzieje się tu i teraz. Niestety nie zawsze okazuje się to najlepszym rozwiązaniem. Zło, od którego uciekamy, może nas w końcu doścignąć. Wtedy pułapka, w której się znajdziemy będzie jeszcze bardziej bolesna, gdyż uczucia ludzkie są jak ocean, który wzbiera i może w każdej chwili wylać. Każda zła chwila niesie za sobą kolejne doświadczenia i przeżycia. Autorka dobrze analizuje swoje postaci pod kątem psychologicznym. Tworzy autentyczny wizerunek poczucia pustki, utraty, żałoby. Pisarka pokazuje jednak, że każde ludzkie działanie, wszystkie zdarzenia i aspekty życia mają swoje następstwa. Etapy, które trzeba przejść i zaakceptować. Człowiek stale reaguje ze światem, nie jest w stanie odgrodzić się od niego grubą ścianą. Jesteśmy zmuszeni zadawać sobie pytania i analizować to, co nas spotyka.

W „Pułapce uczuć” miłość przypiera różne, kontrastowe barwy. Zamiast balsamem dla duszy staje się okrutną pułapką bez możliwości ucieczki. Myli, zaślepia, obezwładnia bohaterów, zmusza ich do ciągłej walki i stawania twarzą w twarz z problemami, od których nie można nigdzie uciec. Miłość staje się fascynująca, ale niebezpieczna. Stawia pod znakiem zapytania losy dwóch doświadczonych przez życie rodzin. Jest niczym zakazany owoc, którego zerwanie grozi wyproszeniem z raju, odrzuceniem i utratą wszystkiego. Jednocześnie jest niezwyciężona, piękna i wprowadza światełko radości nawet do najciemniejszego scenariusza domagając się, by stawiać ją zawsze na pierwszym miejscu. Autorka ukazuje też miłość, która zmusza nas do rezygnacji z czegoś dla drugiego człowieka, wiąże się z poświęceniem i samotnością. Człowiek kierujący się miłością jest stale narażony na dylematy. Myśląc, że działa słusznie, kłamiąc dla czyjegoś dobra, chroniąc go, może nieświadomie wyrządzić mu krzywdę.

Najbardziej zauroczyło mnie wplatanie między rozdziałami fragmentów piosenek, których słuchanie podczas czytania sprawiało mi wielką radość i pomagało rozumieć uczucia bohaterów, na chwilę wniknąć w ich duszę. Świetnym pomysłem było włączenie w powieść motywu twórczości i poezji, która wypływając z ust bohaterów, otwierała nową drogę do ich wnętrza. Urozmaicała tekst i uwydatniała kluczowe fragmenty. Po raz pierwszy usłyszałam o czymś tak niezwykłym, jak slam i od razu się w tym zakochałam. Wzruszała mnie autentyczność, prostota i bolesna szczerość, z jaką postaci wypowiadały się na scenie. Zbudowany wokół tego nastrój wywołał u mnie wiele emocji.

Autorka nie pozostawiła bez komentarza również problemu samej twórczości, jej sensu i wartości. Tego, co może ona wnosić do życia innych ludzi. Pokazała, że nie zawsze liczą się jedynie cyferki. W sztuce są one tak naprawdę niczym. Nigdy nie wiadomo, co i w jakiej chwili przemówi do drugiego człowieka. Być może łączy nas więcej, niż nam się wydaje. Ludzkie uczucia i wrażliwość bywają złożonymi pułapkami. Labiryntami, z których nie tylko łatwo wyjść, ale również dużym wyzwaniem jest dostanie się do środka. W poezji i innych dziedzinach sztuki, a nawet w miłości tym, co zazwyczaj tworzy nić pokrewieństwa między autorem i odbiorcą, między ludźmi, jest szczerość i prawdziwość, otwarcie oraz próba zrozumienia.

Podoba mi się otwartość na ludzi i świat, która pojawiła się w znanych mi książkach autorki. Czasami można kogoś skrzywdzić swoimi uprzedzeniami i oceną. Choć to wydaje się być trudne, warto najpierw poznawać, a potem osądzać. Odwrotna kolejność przypominałaby pisanie recenzji książki, której się nie czytało. A przecież każdy z nas przeżywa własną historię, ma własny bagaż życiowych doświadczeń, jest inną książką, która zasługuje, by dać jej szansę.

Niezwykły był jednocześnie wizerunek rodzącej się przyjaźni jako bezwarunkowej, szczerej relacji spokrewnionych ze sobą dusz. Potrafią one dla siebie zaryzykować, służyć pomocą w każdej potrzebie i dać sobie siłę, by przetrwać najtrudniejsze chwile. Polubiłam postać Eddie, która wprowadzała do książki pozytywną energię i jako jedyna od początku naprawdę rozumiała, co to znaczy doceniać życie, nawet jeżeli daje w kość, szanować wszystko, czego mamy szansę doświadczyć, a przede wszystkim postrzegać kogoś tak samo, jak siebie: człowieka z własną, niepowtarzalną historią.

Postać Eddie nauczyła mnie, że każde bolesne doświadczenie odciska piętno w ludzkiej duszy. Szczególnie jeśli dotyka nas ono z ręki człowieka, którego chcemy kochać. Odnoszę wrażenie, że autorka stara się jednak pokazać, iż czas leczy rany i nie należy w nieskończoność ich rozdrapywać. Ludzie mogą mieć wpływ na to, jacy jesteśmy, kiedy nas krzywdzą. Ale nikt nie ma wpływu na to, kim się staniemy. Od nas zależy jak pokierujemy swoim życiem. Naszą zaletą jest to, że jeśli widzimy zło i niesprawiedliwość ludzkiego postępowania, nie musimy go naśladować. Możemy dowolnie kształtować swoją osobowość, odnajdywać i pielęgnować w sobie to, co najlepsze. Jeżeli ktoś próbuje nam pokazać, że jesteśmy bezwartościowi, świadczy to jedynie o nim, a nie o nas. Na życie i ludzi warto patrzeć czasem z dystansem. Każdy z nas jest kowalem własnego losu.

„Zdecyduj, kim chcesz być, i tą osobą bądź” The Avett Brothers

„Pułapka uczuć” była dla mnie otwarciem oczu na nowo. To już kolejna książka Colleen Hoover, od której nie mogłam się oderwać i zostawiła mi w głowie mętlik gwałtownych emocji. Jak zwykle, pisarka wciągnęła mnie do świata pełnego skomplikowanych relacji, skłoniła do refleksji i wielu ciekawych wniosków. Jestem bardzo ciekawa, jak dalej pokieruje losami bohaterów. To kolejna, może nawet lepsza od „Hopeless” pozycja warta uwagi. Autorka bezlitośnie zamknęła mnie w pułapce, z której nie ma innego wyjścia, jak przeczytanie z pewnością pełnego jeszcze wielu niespodzianek drugiego tomu pt. „Nieprzekraczalna granica”. Książkowy kac po „Pułapce uczuć” gwarantowany!