Morze spokoju

Napisany przez na lip 24, 2017 w recenzje

Morze spokoju

„Morze spokoju” to obszerna książka Katji Millay wydana w 2014 roku. Sięgnęłam po nią z kilku powodów. Po pierwsze, szukałam książki na wakacje. Po drugie, jedna z moich ulubionych pisarek, Colleen Hoover, napisała jej pozytywną recenzję. Po trzecie, nienawidzę książek, które nic nie mówią, a czułam, że ta ma coś do przekazania i nie myliłam się. Teraz za to brak mi słów.

Jest to opowieść o dziewczynie, która od dawna nie wypowiedziała przy ludziach ani słowa. Nastya ubiera się w wyzywające czarne sukienki i jej życiowym priorytetem jest odnalezienie chłopaka, który, jak sama to określa, jest jej mordercą. Znajduje jednak pewien, dziwnie znajomy garaż…

Gdy zaczynałam czytać, jej zachowanie nie było dla mnie do końca zrozumiałe. Czułam, że skrywa w sobie jakąś mroczną zagadkę, ale na pierwszy rzut oka przypominała raczej mściwą buntowniczkę. Ubiera się, a raczej chodzi półnaga licząc, że w ten sposób pozostanie niewidoczna. Ucieka i odcina się od ludzi, którzy ją kochają. Milczy.

Dopiero później zrozumiałam, że czarne ubrania to kryjówka. Ucieczka to desperacka próba ratunku. Milczenie to nieme błaganie o pomoc i efekt uboczny przeżycia własnej śmierci. A za fasadą niepasujących do siebie elementów kryje się zupełnie inna, wrażliwa i niesprawiedliwie pokrzywdzona przez los nastolatka, której życie zamieniło się w krwawy koszmar i zamroziło wszystkie marzenia. Zatrzymało czas i postawiło uroczą, małą, kochaną przez wszystkich pianistkę w ciele młodej kobiety, która teraz już nie wie, kim jest i nie ma nikogo, kto by ją rozumiał. Utraciła tożsamość. Odkryła, że nie można wrócić do tego, co było. Nawet, gdy się pamięta.

Josh to chłopak, który przyzwyczaił się, że wszyscy, których kocha, odchodzą. On sam kryje się w polu siłowym, którym otoczyli go zakłopotani przyjaciele. Nikt nie chce przebywać z kimś, kto kojarzy się ze śmiercią. Nikt z wyjątkiem tajemniczej dziewczyny, której nie odstrasza ludzka nienawiść ani cierpienie, a śmierć zdaje się być jej przyjaciółką. Dziewczyny, która bezczelnie wkracza do jego samotnego życia, owija go sobie wokół palca i znajduje miejsce, w którym jest bezpieczna. I nie zamierza odejść. A wszystko przez jedno jedyne zdanie, które kompletnie zmieniło jego życie.

Nastya powoli zaprzyjaźnia się i otwiera. Uczy się mówić i czuć od początku. Jednocześnie musi zmierzyć się z dręczącymi ją koszmarami, które zabiły w niej osobę, którą była wcześniej. Musi odbudować wiarę w siebie i pozbyć się nienawiści, by spróbować odbudować własne życie i relacje z bliskimi. Uwierzyć w ludzi, ich intencje oraz chęć pomocy. Pozwolić odrodzić się zmiażdżonej cząstce własnej duszy. Odszukać sens swojego życia. Uwierzyć, że nikt nie może odebrać jej tożsamości.

„Morze spokoju” to książka doskonale skonstruowana pod względem psychologicznym. Jest historią o dziewczynie, która utraciła poczucie bezpieczeństwa i godności. Poczuła się zamordowana w sensie fizycznym i psychicznym, bo straciła to, co kochała robić. Życie nauczyło ją, że musi być silna, bo brutalny świat ją pożre. Nastya musi jednak nauczyć się wyrażać na głos to, co czuje i szukać dla siebie drugiej szansy po to, by odzyskać spokój. A staje się to dzięki miłości, która „w świecie bez magii i cudów” jednak potrafi uzdrawiać.

To, co najbardziej mną wstrząsnęło, to fakt, że Nastya była normalną dziewczyną, która jednego popołudnia utraciła wszystko. Nie była winna niczemu, co ją spotkało. To czyni jej los jeszcze okrutniejszym. Żyła swoją miłością do pianina i kochała rodzinę. Kochała żyć. Znalazła się jednak w nieodpowiednim miejscu i czasie padając ofiarą ludzkiej nienawiści, którą została zarażona. Nienawiścią, która rozprzestrzenia się jak wirus. Bez uzasadnienia. I od tamtej pory żyła zarażona tą nienawiścią, nie wiedząc, że jej mordercy udało się dawno uleczyć. Scena ich spotkania była niesamowita. Nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń, bo sama razem z nią żyłam w nienawiści do tego człowieka i nie mogłam uwierzyć, że ona wygasa kiedy wreszcie nadeszła pora rozliczenia. Ta książka uczy, że nic nie jest czarne albo białe. Nie ma dobrych i złych ludzi. Są ludzie skrzywdzeni bardziej i mniej, panujący nad sobą bardziej lub mniej i wrażliwi bardziej lub mniej. Nie można niczego rozstrzygnąć będąc pewnym swej racji ani też ukarać kogoś dostatecznie do tego, co zrobił. Nie można przełożyć uczuć na faktyczne straty, a psychicznych uszczerbków na materialne odszkodowania. Nie można dostosować winy do kary. To okropne, ale można tylko żyć dalej.

Najbardziej wzruszające było dla mnie zakończenie, choć cała książka opływała łzami. Oczywiście były też momenty uśmiechu, szczególnie za sprawą postaci Drew, o którym nie sposób nie wspomnieć i który również mnie zaskoczył. W zasadzie wszystkie postaci w tej powieści mnie zaskoczyły. To jedna z tych książek, po których nie wiem, co pisać. Brak mi słów, nie potrafię ich zebrać. Rzadko zdarza się, że po przeczytaniu książki mam tak długo kaca i nie wiem, co powiedzieć. Niewiele brakowało, bym w ogóle nie napisała tej recenzji, ponieważ czasami czuję, że słowa nie wystarczają, ale o historiach takich jak historia Nastyi, nawet wymyślonych, trzeba pisać i mówić. Bo są jakimś wycinkiem życia, przestrzegają i uczą. Leczą uczucia.

A co do zakończenia… było piękne i pełne nadziei oraz spokoju. Lepszego nie można było wymyślić. „Morze spokoju” było dla mnie otworzeniem oczu na nowo. Na to, że trzeba doceniać życie, bo jest kruche i dostrzegać jego magię w małych, pozornie nieistotnych szczegółach, a ratunku szukać w miłości.

Gorąco polecam!!!