Mój felieton „Planety, nici i smutki”

Napisany przez na sty 31, 2017 w blog

Mój felieton „Planety, nici i smutki”

Planety, nici i smutki.

Nietrudno dojść do wniosku, że jedną z głównych chorób XXI wieku jest depresja, przewlekłe przygnębienie. Być może jej przyczyną jest nasza ambicja, często przerośnięta. Kiedy byłam mała, często odnosiłam wrażenie, że jestem „specyficznie wrażliwa”. Zapewne wtedy nie nazwałabym tego w ten sposób. Zdawało mi się, że widzę rzeczy, których inni nie dostrzegają, albo, wręcz przeciwnie, tylko ja nie potrafię zrozumieć czegoś, co dla innych ludzi jest oczywiste. Zazwyczaj jednak przeważała pierwsza z opcji. Nie wiem, czy wynika to z dziecinnego egoizmu. Zapewne każdy z nas ma o sobie wyrobiony własny wizerunek. Może nie mówi o tym głośno, ale nosi go w sercu, w przekonaniu, że jest jedna mała, malutka rzecz, w której jest ciut inny niż reszta.

„Ambicja”- słowo banalne i w zasadzie oklepane. Wydaje się, że jest normalnym towarzyszem szarej codzienności. Jednak prędzej, czy później, poza pozytywnymi jej skutkami, doświadczam jej skutków ubocznych. Przypomina tabletkę energetyczną, ale chyba każdy lek ma swoje zalety i wady. To ona powoduje, że całymi dniami chodzę nakręcona jak robocik, potem wracam do domu, dalej przetrząsając na wszystkie sposoby zeszyty. Kładę się do łóżka zmęczona i w pewnym stopniu nieusatysfakcjonowana z minionego dnia. Nachodzą mnie myśli, które kłębią się w głowie. Nie mogę spać. Jestem zła i zmęczona. Mam ochotę kogoś udusić, albo od razu przenieść się na inną planetę.

Frustracja codziennością sprawia, że ludzie zaczynają narzekać. Mówią, że nic im się nie chce, mają ochotę ciągle spać, nie mają siły na nic. Ja też tak mówię. Złapałam się, że robię to odruchowo. Nie ma prostszej drogi, by wydobyć z człowieka odrobinę współczucia. To normalna reakcja na zmęczenie. Pomaga nam się wyładować, byśmy dalej mogli żyć względnie spokojnie. Mam jednak postanowienie na ten nowy, 2017 rok. Postanowiłam zostać optymistką! Proste? No pewnie… że nie. Ale postanowiłam zacząć od zmiany punktu widzenia.

Pierwszy dzień był ciekawym doświadczeniem. Pomyślałam sobie, że nie będę się stresować w szkole, co jest dla mnie zupełnym przeskokiem. Zaczęłam od wytłumaczenia sobie, że moje życie to nie tylko cyferki wpisane w cyberprzestrzeń. Może warto zadbać trochę o siebie. Czym te zmartwienia są wobec mojego zdrowia psychicznego i fizycznego? Przecież one, szczerze powiedziawszy, nawet nie istnieją.

Drugą zasadą jest, myśleć mniej o sobie, a więcej o innych. Przestałam zastanawiać się, jak ja się czuję i czego mi trzeba. Zastanowiłam się, co mogę zrobić, by ludzie wokół mnie byli szczęśliwi. Okazało się, że rozweselając moje otoczenie, sama stałam się bardziej radosna i energiczna. Należę do odmiany wariatów, którzy nie są do końca zadowoleni, zachowują jednak pozory i pocieszają innych w ich zmartwieniach. Postanowiłam obrócić to w faktyczny entuzjazm. Nie tylko pozorny. Zaczęłam patrzeć na życie pod kątem małych i dużych przyjemności. Wyjście do szkoły to nie sprawdzian, ale spotkanie z koleżankami. Staram się nie postrzegać dni jako długotrwałych ciągów zdarzeń. Szkoła, dom, sen, szkoła dom…. Wydłużyło to jednocześnie mój czas radości z dnia i relaksu. Uświadomiłam sobie, że potrzebuję ludzi, bo bez nich wszelkie moje przyziemne problemy, począwszy od fryzury są kompletnie bezcelowe. Działając na korzyść innych, działasz na własną korzyść. Szczęście, to nie magiczny królik w kapeluszu. Dane komuś, nie znika, ale obrasta w zimowe, cieplutkie futro.

Trzecia zasada, którą staram się wcielić w życie brzmi „nie myśl o tym, na co nie masz wpływu, a zacznij pracować nad tym, na co masz wpływ”. Przestałam analizować to, czy dobrze się czuję, czy serce nie bije mi za szybko, czy wiatr nie wieje za mocno, czy nie kaszlę, czy oby nie wdycham smogu. Nie mogę nic zrobić, żeby to zmienić. Co najwyżej uspokoić się lub, w przypadku smogu, założyć maskę. Zamiast tego zaczęłam myśleć o przyjemnościach. Niedługo może pójdę na zakupy, przeczytam nową książkę, muszę opowiedzieć koleżance o filmie, który obejrzałam. Na pewno zdarzy się dziś coś dobrego. W pewnym momencie miałam taki przypływ energii, że chciałam zrobić coś szalonego. Przebiegłam z koleżankami przez wszystkie piętra szkołę ze śmiechem jak za czasów podstawówki ciesząc się jak idiotka pięciominutową przerwą.

Czwarty sposób na radość? Dostałam od koleżanki na Mikołaja kalendarz. Nie zdawałam sobie sprawy, że człowiek może odnaleźć codzienny spokój w małym, kolorowym zeszycie i ołówku. W dodatku, nie wiem, jakim cudem, dała mi kalendarz w sówki, co dodatkowo wprawiło mnie w zachwyt (patrz, logo Czytaczka). Czasem drobny krok, zapisanie prostych, a niezbędnych czynności, daje człowiekowi wiele radości. Warto też zapisywać w kalendarzu swoje niewielkie plany na każdy dzień. Ładne sentencje, które pomagają później odtworzyć w pamięci radość.

Czasami miewam momenty w życiu, które nazywam „zapaściami”. Ta nazwa najlepiej oddaje mój stan emocjonalny. Uczucie zbliżone jest do pustki w głowie, nagłego ogarnięcia ciała przez nieuzasadniony smutek, stres i lęk jednocześnie. Najlepszym sposobem na wypełnienie chwilowej życiowej pustki jest właśnie znajdowanie sobie zajęć. Można posłuchać ulubionej piosenki, a jeśli przyjdzie ochota, popłakać i dać upust emocjom J Wbrew pozorom, zbyt duża ilość wolnego czasu, nie prowadzi do niczego dobrego, szczególnie ludzi „specyficznie wrażliwych”.

Szczególnie przyjemne okazało się „odfajkowywanie” w kalendarzu sukcesów. Małych, tycich, niedostrzegalnych sukcesów. Właśnie po to, by je dostrzec. Kalendarz może stać się prywatną lupą zawieszoną nad rzeczywistością.

Po piąte, zauważyłam, że wielu ludzi czuje niechęć, a nawet obrzydzenie do codziennych czynności. Często przeraża nas monotonia życia. Codzienne rytuały, które zdają się być identyczne przez 365 dni w roku. Postanowiłam czerpać radość ze zbędnych konieczności. Przyznałam się sobie samej, że jest coś, co przez większość dnia psuje mi humor. Jeżeli zacznę myśleć o tym, jako o przywileju, czymś miłym, mój dzień będzie lepszy i pełen satysfakcji. Już Epikurejczycy dostrzegali konieczność radości z rzeczy małych. Ich maksyma „Carpe diem” oznacza dosłownie „Łap dzień” lub „Chwytaj dzień”. Nawiązując do słów Horacego, każdy rok mknie jak jedna godzina, więc należy czerpać maksymalną ilość radości z każdej chwili. Żyjmy tak, by każdą chwilę wyciskać do końca, jak sok z cytryny, aby nic nam nie umknęło.

Tajemnica szósta. Zaczęłam krytycznie oceniać zachowanie ludzi pod kątem własnych cech, które chcę wytępić. Postanowiłam, że będę tego dnia radosna. Nic nie może popsuć mi humoru. Pierwsza osoba, która mnie zobaczyła, stwierdziła, że jestem optymistką i zawsze tryskam radością. Nie, pomyślałam. Jestem tylko pesymistką próbującą być optymistką. Zdecydowanie nie zawsze tryskam energią. Czyżby przemawiał przeze mnie realizm? :) Rozmawiając z różnymi ludźmi, po raz pierwszy w życiu dostrzegłam, jak mało doceniają to, co mają. Prowokacyjnie stwierdziłam, że przecież „życie jest piękne”. Robię to zawsze, kiedy chcę sprawdzić, jakie ktoś ma do niego podejście. Jest to najprostszy test na optymizm. Spotkałam się z przeczącą odpowiedzią. Tak, jak się spodziewałam. Mimo tego, byłam tym naprawdę poruszona, żeby nie powiedzieć zdruzgotana. Pomyślałam, że nigdy więcej nie powiem bez powodu czegoś, co świadczyłoby o mnie jak o pesymistce. Nie dlatego, że nią nie jestem, ale ponieważ nie czuję, że mam do tego prawo.

Nie dziwi mnie, że ludzie narzekają, klną, mówią, co myślą, są niemili, niewyspani. W trzech słowach: nie do życia. Dziwi mnie tylko, że nie widzą tego, co dobre, a jedynie to, co złe. Zawsze znajdziemy powód, by się pokłócić, ponarzekać. Czasem mam wrażenie, że to nasza wrodzona cecha jako Polaków. Ludzie niezwykle często dają sobie do zrozumienia, że życie nie jest piękne. Na różne sposoby. Każdy ma prawo mówić, co myśli. Mnie poruszyło jednak to, że ludzie robią to kompletnie nie myśląc o drugim człowieku.

Teraz przypomni się wam zapewne, kiedy czasem w telewizji pokazują ludzi bez rąk i nóg. Potem padają słowa, które zawsze ktoś wtrąci w najodpowiedniejszym momencie: „Oni mogą być szczęśliwi, mimo wszystko! A ty? Ciągle narzekasz bez powodu”

Z całym szacunkiem dla ludzi niepełnosprawnych, uważam, że to nie w porządku lekceważyć czyjeś uczucia. Jeżeli ktoś jest przygnębiony, nie należy mówić mu, że inni mają gorzej. To nie pocieszenie, a może doprowadzić do jeszcze większej depresji: „On jest chory, kaleki, szczęśliwy. Ale ja nie, a i tak nie jestem szczęśliwa. Jestem beznadziejna, bo nie doceniam tego, co mam. Ja nie potrafię tego docenić”.

Każdy problem jest inny. Nie można porównywać depresji do kalectwa i szczęścia lub nieszczęścia w każdym z przypadków. Z kalectwem wiąże się cierpienie, ale depresja dotyczy zarówno ludzi chorych lub niepełnosprawnych, jak i zdrowych fizycznie. Nie jestem zwolenniczką myślenia „On ma gorzej, więc Ty się ciesz, bo masz dwie ręce i dwie nóżki. Czego więcej brak ci do szczęścia?”. Wtedy przypomina mi się „Quo vadis” i mordowanie chrześcijan podczas igrzysk, któremu towarzyszyło wiwatowanie Rzymian na trybunach. Może to zbyt brutalne porównanie, ale myślę, że Rzymianie cieszyli się nie dlatego, że chrześcijanie byli mordowani, ale ponieważ chwilowo oni byli w lepszej sytuacji i mogli patrzeć, jak inni cierpią.

Wracając do tematu, niestety najgorsze jest to, że ktoś, kto tak mówi tak, ma rację. To prawda, że ludzie najbardziej poszkodowani i mający prawo do bycia niezadowolonym, są zazwyczaj radośni. Przynajmniej bardziej radośni niż ci zdrowi. Prawda zawsze boli, ale ludzie nie są identyczni i prawda też nie ma jednego wymiaru. Nie jesteśmy jednostkami obdarowanymi sprawiedliwie wrażliwością ani optymizmem.

Sęk w tym, że niektórzy narzekają nie myśląc o innych. Wydaje im się, że są biedni i poszkodowani, że tylko oni mają problem, bo akurat są niewyspani, coś się nie udało. Pragną pocieszenia innych ludzi. Często skarżymy się komuś na własne nieszczęście, zakładając z góry, że ktoś ma lepiej niż ja. Nie mam za złe ludziom, że narzekają. Gdy zmieniłam mój punkt widzenia, zobaczyłam jednak, że to przykre. Być może osoba, której się zwierzamy z niewyspania i robimy z siebie ofiary losu, ma na głowie nieco poważniejsze zmartwienie. Mówiąc w ten sposób wydajemy jej się śmieszni. Czy oby nie nadużywamy swojego prawa do nieszczęścia?

Nie każdy ma łatwość w dzieleniu się uczuciami. Czasami rozmawiając ze sobą musimy słuchać pauz między zdaniami. A może tylko wydaje nam się, że rozmawiamy, bo każdy z nas toczy własny monolog. We własnej wyobraźni musimy ściągać z ludzi maski, za jakimi się kryją ich prawdziwe wyrazy twarzy. Jesteśmy wszyscy z innych planet. Ludzie, którzy naprawdę cierpią na depresję lub po prostu są nieszczęśliwi, zmartwieni, rzadko biegają po ulicy z billboardem pod tytułem „ratunku, jestem taki biedny, pomocy”. Największym apelem, na jaki ich stać jest milczenie. Czasem najgłośniejszym krzykiem o pomoc jest cisza. Dlatego nie wystarczy mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Warto spojrzeć na świat z innej perspektywy. A może to nie jest możliwe, bo każdy z nas ma swoje, specyficzne przeżycia… Więc jakie jest lekarstwo na chorobę XXI wieku? Myślę, że istnieje jedno wyjście. Choć tak naprawdę wszyscy żyjemy samotnie, jedno jest warte bezustannych prób. Trzeba ciągle i w kółko szukać w sobie tego jedynego, co, choć u każdego inne, stanowi nić porozumienia między człowiekiem a człowiekiem…